Nasze wspomnienia z Dragon Swing 2014

Od festiwalu Dragon Swing 2014 w Krakowie minęło już trochę czasu. Emocje zdążyły opaść, siły się odnowiły, kontuzje zregenerowały ;) Nie zmienia to jednak faktu, że miłe wspomnienia pozostały i za każdym razem, gdy je przywołujemy – budzą uśmiechy na twarzach.

Już zdążyliśmy się przyzwyczaić, że Dragon to wydarzenie zorganizowane na najwyższym poziomie, na które zjeżdżają się wspaniali tancerze i pasjonaci muzyki z całej Europy. W tym roku jednak skala wydarzenia przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Grupy zajęciowe cięzko było zliczyć, zaś roztańczony tłum w kopalni w Wieliczce o mało nie doprowadził do wstrząsów i zasypania wyjścia z komory (choć niektórym pewnie by to nie przeszkadzało).

W tym roku organizatorzy postarali się również o nowe miejsce na imprezę – Starą Zajezdnię. Czy był to dobry pomysł? Cóż, naszym zdaniem – nie. Był on bowiem znakomity! Miejsce okazało się dysponować całkiem przyjemnym (wbrew pozorom) parkietem, dużą liczbą miejsc zarówno dla tańczących, jak i tych potrzebujących chwili wytchnienia. Lokalizacja Starej Zajezdni również wymarzona – krótki spacerek i już znajdowaliśmy się w sercu Kazimierza. Klimat wnętrza niezwykle przyjemny, a do tego, niczym wisienka na torcie – piękne złote kadzie, wypełnione piwem własnej produkcji. Muzyka na żywo, wspaniali ludzie tańczący Lindy Hop, Charlestona czy Bluesa – cóż więcej potrzeba ludziom, którym w sercach gra jazz? Mamy nadzieję, że nie był to ostatni raz i w przyszłości będziemy mogli się cieszyć kolejnymi imprezami w tym właśnie miejscu.

Na Dragonie przeżyliśmy także swój prywatny sukces. Wraz z Michałem dostaliśmy się do finału konkursu Strictly Lindy. Było to dla nas bardzo nobilitujące, zważywszy na grono tancerzy, w jakim przyszło nam konkurować. Eliminacje miały miejsce w piątek wieczorem, finał zaś zaplanowany był na sobotę. Ciekawostką niech będzie fakt, że właśnie tego dnia rano Michał doznał urazu pleców – na tyle poważnego, że byliśmy gotowi jechać do szpitala i zaczęliśmy godzić się z faktem, że w finale nie zatańczymy. Na szczęście masaże i garście leków od uczynnej pani farmaceutki zrobiły swoje i Michał stanął na nogi. Dotarliśmy do Wieliczki szczęśliwie, na miejscu do gry wkroczyło jeszcze parę tabletek i „wspomagaczy” ;) i wzięliśmy udział w konkursie. Poszło całkiem nieźle – tak nam się wydawało. Później jednak okazało się, że inni mieli o naszym występie faktycznie dobre zdanie – wygraliśmy! Do domu wróciły z nami dwa złote Smoki Wawelskie i poczucie, że „daliśmy radę”.

Czy wybierzemy się na Dragon Swing również w 2015 roku? Z całą pewnością. Naszym zdaniem jest to „pozycja obowiązkowa” dla wszystkich tancerzy Lindy Hop w Polsce.

Do zobaczenia zatem!